mardi 15 février 2011
Paryskie wędrówki Zapolskiej (5-PL)
dimanche 13 février 2011
Paryskie wędrówki Zapolskiej (4-PL)
Cet article fait partie d’une série consacrée au séjour parisien de Gabriela Zapolska (1889-1895), en polonais (1-PL, 2-PL…) ainsi qu’en français (1-F, 2F…), rédigée à l’occasion d’une exposition consacrée à cette femme de lettres, journaliste et actrice (Musée de la Littérature, Varsovie, d’avril à juin 2011).
Wybrałam się na lewy brzeg Sekwany, gdzie, naprzeciw kościoła Świętego Sulpicjusza, w Sali Merostwa, odbywał się Międzynarodowy Kongres Kobiet. Jako dziennikarka, siedziałam na estradzie w towarzystwie mężczyzn – dziennikarzy i obserwowałam salę.
vendredi 11 février 2011
Paryskie wędrówki Zapolskiej (3-PL)
Zdziwiło mnie, że skończywszy, robił rodzaj żebraniny przez swego kelnera, który chodził z miseczka i zbierał susy od gości.
I wszyscy – cały Paryż inteligentny, wykwintny, elegancki chodzi do Bruanta słuchać jego piosenek. Ta rymarka cudzej nędzy, to sprzedawanie detaliczne łez i cierpień stygnących z głodu trupów, to zbijanie pieniędzy za pieśni, zda się przed szybami Morgi zrodzone, nie miało dla mnie nazwy.
Gdy wychodziłam, Bruant ukłonił się z kurtuazją mówiąc :
W tej chwili idę na generalną próbę, która tutaj jest właściwie premierą. Biorę ze sobą twoja fotografie! Włożę ja za stanik. Broń mnie przed publicznością paryską. Boje się! Wezmę coś na uspokojenie. Napiszę jak było po powrocie za cztery godziny. Bądź zdrów!
Słowem – cos zupełnie odurzającego. W korytarzach nie mówiono o nikim, tylko o mnie. Dookoła słyszałam „Épatante ! Charmante ! Adorable !” Reporterzy zapełniali moją garderobę. Kwiatów mam cale stosy. Mam gorączkę z trwogi przed tym powodzeniem. Antoine mi proponuje grać „Norę” Ibsena, moją ulubioną rolę! Jestem uświęcona przez Paryż! Gdyby nie stosy kwiatów zapełniających mój salon, myślałabym, że to był sen. Zwyciężyłam! Stanęłam oko w oko z ta straszną hydrą, jaka jest publiczność paryska, i powiedziałam sobie „teraz stawiam wszystko na jedna kartę! Albo mnie zaadoptujecie, albo…” Entuzjazmem mnie powitano, zaadoptowano, wyciągnięto do mnie ręce z serdecznością tak szczerą, tak pociągającą, że to wszystko, co doznałam bolesnego w kraju, występuje mi jeszcze silniej, jeszcze boleśniej w tej chwili, w której nie powinnam czuć nic, jak tylko radość i szczęście z doznanego powodzenia. Po sukcesie moja emocja opadła. I nie czułam już więcej radości. Skąd u mnie to jakieś znieczulenie na powodzenie, którego nikt zrozumieć nie był w stanie. Antoine powiedział: ”laissez-la, elle a la joie triste” – zostawcie ją, jej radość jest smutna. Antoine dał mi nową rolę w „Złudzeniach” Lecomte’ a. Wymawiam teraz lepiej to francuskie „rrr”. Muszę jeszcze popracować nad „e” muet, którego prawie się nie słyszy przy wymowie, co jest bardzo trudne. (***)
jeudi 10 février 2011
Paryskie wędrówki Zapolskiej (2-PL)
Cet article fait partie d’une série consacrée au séjour parisien de Gabriela Zapolska (1889-1895), en polonais (1-PL, 2-PL…) ainsi qu’en français (1-F, 2F…), rédigée à l’occasion d’une exposition consacrée à cette femme de lettres, journaliste et actrice (Musée de la Littérature, Varsovie, d’avril à juin 2011).
Artykuł ten dotyczy pobytu Gabrieli Zapolskiej w Paryżu miedzy 1889 i 1895 rokiem i jest jednym serii, którą opublikuję w niniejszym blogu, w wersji polskiej (1-PL, 2-PL…) oraz francuskiej (1-F, 2-F…), pisany z myślą o wystawie poświęconej Zapolskiej pisarce, aktorce i dziennikarce (Muzeum Literatury, Warszawa, od kwietnia do czerwca 2011 r.).
Jak bardzo się męczę nad wymową! Od dziesięciu dni chodzę na próby do teatru Saint-Martin. Teatr z półtora raza tak duży jak Rozmaitości. Rola, która mi dano jest zabawna. Jest to zazdrosna zona, która ściga męża. Miałam trzy zdania, które mówiłam źle mimo pracy z Mary Samary. Skreślili mi je bardzo chętnie. Traktują mnie bardzo dobrze i przezwali mnie „Miss”. Ubrana będę w sukienkę jasno popielatą, fularową, bardzo skromną, gładką, obcisłą Samary daje mi swoje futro, bo mi potrzeba w sztuce. Kapelusz mój, ten duży z piór i blond peruka. Samary tak dobra, że dala mi czarne koronkowe pończochy po siostrze. Nie chciałam wsiąść, ale to ma mi szczęście przynieść.
W sztuce, w której gram biorą udział tylko cztery osoby: ja, pokojówka, mąż i kochanek. Mąż, pan Calva, wcale dobry, kochanek niezły, bestia małpa śmieszna, pokojówka niezła, ale jeszcze surowa.
Gdy w nocy się przebudzę i przypomnę sobie, że mam grać za dni parę, siadam jak obłąkana na łóżku i łzy mi gradem płyną. Nie mam nikogo żeby mi dal otuchy. Aktorzy, jak aktorzy, z nieufnością patrzą ba mnie, kobiety z zazdrością. Gdybym się nie bała zepsuć sobie markę, odesłałabym rolę, taka mnie trema ogarnia. Wiem jednak, że zepsułabym sobie całą karierę. Jak mnie publiczność przyjmie? Coraz więcej mnie odwaga opuszcza. Nie wiem sama, co zrobię. To za duża dla mnie rola. Zostaję na scenie sama i mówię monologi po dwadzieścia wierszy. Dziś miałam już łzy w oczach, kiedy na mnie reżyser napadł za to, że mówię: „bague” – pierścionek, a nie „blague” – żart! Skąd ja mogę o takich przesadach wiedzieć! Straciłam przez te kilka dni zdrowie, apetyt, sen. (*)
Grałam już i gram od wtorku. Dziś piątek i mamy jeszcze dwa razy powtórzyć te sztuczkę, „Le Sapeur”, a potem zejdzie z afisza, bo się zupełnie nie podobała publiczności. Nic dziwnego, to taka potworna bzdura, że diabla warta. Co do mnie, to pomiędzy nami mówiąc, doskonale czułam i widziałam, że akcent mój wyłazi jak szydło z worka, a strach go jeszcze psuje. Publiczność chwilami się dziwiła. Widziałam, nadrabiałam miną. Grałam dobrze, ale… cóż! Akcent mi wszystko psuje! Popracuję jeszcze, będę pracować rok jeszcze. Potem plunę i niech to wszyscy diabli wezmą; Samary mnie podtrzymuje, nadzieję robi. (**)
Dzisiejszy dzień spędziłam u… Antoine’ a!
Séverine mi przysłała gorący list do niego, w którym mnie poleciła: „comme quelqu’un d’une intelligence remarquable” – bardzo inteligentna. Antoine zajął się mną bardzo serio. Dal mi role 300 wierszową w sztuce Bourget’ a, na przyszły spektakl. Gram chłopkę i mówię akcentem normandzkim dość łatwym do uchwycenia. Rola nie pierwszorzędna, ale i nie ogon. Antoine jest bardzo sympatyczny, łagodny, inteligentny i niezmiernie na komplement łakomy. Mówi mi: „Mon Dieu ! Je ferai tout mon possible pour vous défaire de votre accent ! Si vous deveniez mon premier sujet, quelles choses admirables nous pourrions faire tous les deux ! Quelle tournée ! Et justement je n’ai pas de femmes ! Pas une capable de jouer un drame !” Zrobię wszystko żeby pozbyła się Pani akcentu. Jeśli stanie się Pani moja pierwszą artystką, jakie wspaniałe rzeczy będziemy mogli robić wspólnie.
Antoine zabronił mi mówić po polsku absolutnie, pod ciężką karą. Wczoraj byłam u Antoine’ a na próbie, ale ta sztuka, w której ja gram, jeszcze nie jest próbowana, dopiero na przyszły tydzień. Antoine, kundel, poszedł do Rzewuskiego, aby się dowiedzieć, kim ja jestem. Naturalnie Rzewuski rozgadał się nade mną i nazwał mnie „une femme géniale” Antoine zgłupiał. Wczoraj siada przy mnie i mówi o honorze, jaki go spotkał, że ja zechciałam przyjść do niego.
Pracuję spokojnie w Teatrze Wolnym. Raz gram „służąca” i mam tylko dwa słowa do wymówienia, a innym razem gram rolę większą. Takie tu są zwyczaje i nie ma, co się sprzeciwiać!
W marcu mam grac Księżne Danesco, Rumunkę w sztuce „Simone” Louisa de Gramont. Jest to rola ważna w sztuce i oryginalna morfinomanki i histeryczki. Stefka Feinkind, moja znajoma lekarka pouczy mnie jak mam się zachować by odtworzyć według studium klinicznego, osobę uzależnioną od morfiny. Rola duża i drapiąca się po ścianie. Akcent mój będzie dodawał wdzięku. Chodzę po scenie z seringą morfińską i zastrzykuje sobie. Na wszystko mowie, przymykając oczy: „c’est suggestif”, jakie sugestywne! Podobno mam ten wyraz wymawiać w jakiś nadzwyczajny sposób. A ja tylko całkiem po prostu zamykam oczy i myślę o…tym, co okropnie lubię… a co ze względu na neurastenię mi nie wolno! To mój sekret.
W Teatrze Wolnym poznałam wielu aktorów: Georges Grand, Henriot, Ancey, Irma Pierrot… Antoine zwolnił Henriot, ponieważ miała romans z Grandem. Nie wiedziałam ze traktował teatr tak poważnie i tak surowo. Powiedział mi: ”cenię kobiety poważne”. Otworzyłam szeroko oczy. Pierwszy to chyba dyrektor w Paryżu, który za taką rzecz abszyt daje. Aktorki muszą się ubierać w suknie skromne, odarte jeszcze przez Antoine’ a z wszystkich niepotrzebnych ozdób. Strój, przepych, zbytek wygnany został za drzwi w Teatrze Libre. Za kulisami nikt nie mówi o stroju, lecz wszyscy troszczą się o doskonałość kreacji. Antonie, jak szef orkiestry przepysznie ze sobą zgranej – z kąta swego – spokojem szafirowych źrenic zagrzewa swą trupę do walki.
W przeddzień przedstawienia czarno na próbie od fraków i abonamentów. Wszystko, co Paryż, co Francja wydala najinteligentniejszego, gromadzi się dokoła ścian sali teatru i w milczeniu niemal religijnym słucha pracy prób kilkudziesięciu… Aktorzy grają bez suflera, zajęci sobą, sztuką – pełni szacunku i przywiązania dla geniusza człowieka, który spoza stołu swej ciemnej nory biurowej uchwycił jasna gwiazdę prawdy – i z nią w tryumfalnym pochodzie cały Paryż rzucił do nóg swoich. „Prostota, prostota”, oto hasło panujące w teatrze, w którym powstaje odrodzenie się przegniłej od tradycji sztuki. Prostota w słowie, w ruchu, w spojrzeniu, w uczuciu, w wybuchu. Wszystko, co tchnie manierą, przesadą, fałszywą dystynkcją, chęcią kokietowania publiczności – jest wykreślone stąd raz na zawsze. Za lat kilkadziesiąt posąg Antoine’a zaczerni się na jednym z placów Paryża i stać tam będzie wieki całe głową przerastając tłumy, spokojny, zwycięski, w słońce odważnie wpatrzony…
Chodzę na próby do „Simone”. Mój akcent w tej roli nie przeszkadza, przeciwnie. Nie mam już tremy i nawet czekam na premierę z niecierpliwością. Antoine pochwalił mnie przy wszystkich: „Vous aurez un grand succès… d’ailleurs vous le méritez” Będzie Pani miała sukces, zresztą jest go Pani warta. Zapytałam go: „Proszę mi powiedzieć, ale tak szczerze, czy mam talent?”- Odpowiedział mi: „Bien sûr ! Za rok pozbędziecie się akcentu i będziecie wspaniałą artystką”. Jestem szczęśliwa. Dwudziestego szóstego kwietnia grac będę, podobno świetnie, autor kontent, dyrektor już mi nie robi żadnych uwag. Ale jakaż to była praca! Najcięższa praca w moim życiu. To samo słowo powtarzałam ze 300 razy! Tyle czasu już pracuje na scenie we Francji, ale teraz dopiero moja praca wydaje owoce. Jak mnie publiczność przyjmie? (***)
Ubrana będę tak: W pierwszym akcie – suknia heliotrop, aksamitna, z dżetami fioletowymi, boa angorowe, mufka aksamitna, kapelusz w formie czepka obszyty dżetami, pomarańczowa kitka z piór. W drugim akcie: suknia popielata jasna, ubrana grubymi koronkami białymi, weneckimi, na dole białymi aksamitkami. Kapelusz duży z weneckiej koronki cały, popielate aksamitne maki i białe aksamitki.
W trzecim akcie – suknia czarna, jedwabna, z tiulowym czarnym stanikiem, długa i bardzo obcisła. Kapelusz duży, czarny, tiulowy, z żółtymi kokardami, czarna parasolka. Ubrania są ładne i dość skromne, a dystyngowane. Rzewuski i Makowski, mój kuzyn, zaofiarowali mi w tym swój udział. (****)
(*) Listy (nr 118), 1891 - Praca Pani Stefanii Linowskiej, która opracowała i dokonała wyboru listów Gabrieli Zapolskiej opublikowanych w 1970 r. jest godna podziwu. Wymagają ona miedzy innymi transkrypcji slów francuskich. We fragmencie wyżej cytowanym widzimy słowo „biague”, wydało mi się bardziej wiarygodne zastąpienie słowa „biague”, na „blague”, chociaż wymagałoby to porównania z oryginalnym rękopisem listu Gabrieli Zapolskiej. Do sprawdzenia.
(**) Listy (nr 121), 1891.
(***) Listy (nr 157, 158, 159), 1892
(****) Listy (186), 1892
mercredi 9 février 2011
Paryskie wędrówki Zapolskiej (1-PL)

Jako aktorka, byłam skłonna zaprezentować tekst w formie monodramu, w którym uosabiam się z Zapolską. Tekst posiadałby wówczas jedność stylu narracji. W wypadku gdyby tekst ten miał być przedstawiony, jako konferencja, brakowałoby w nim przypisów i komentarzy, nieodzownych przy pracy naukowej. To, co Państwo przeczytają jest tekstem oryginalnym Zapolskiej, składającym się z fragmentów artykułów znajdujących się w „Publicystyce”, z jej listów zawartych w „Listach Gabrieli Zapolskiej”, oraz mały tekst wyjęty z jej powieści „Janka”.
Pod każdym z prezentowanych w moim blogu tekstów, podam źródła, z których korzystałam.
Pociąg biegnie szybko, spóźniony, z warczeniem i łomotem kół, jak zwierz zdyszany i do legowiska dążący. Jak z kart ustawione, z ziemi wyrosłe zabawki dla dzieci, tak migają domy przedmieść Paryża. Po obu stronach drogi ciętej rudymi liniami szyn wyrastają purpurowe i zielone latarnie gdzieniegdzie zapalone.
Szare, wysokie mury wznoszą się pokryte masą reklam o błękitnych, krwawych i żółtych tłach…Przyłożyłam twarz do bocznych prętów okna wagonu i przez podniesioną szybę chłonę w siebie ten widok, tę masę kwadratów zalewających brunatnymi tony, ściany wąwozu. I czytam bezustannie:
Pociąg zaszumiał, zajęczał i wpadł pod dach szklany, podtrzymywany szarymi słupami dworca. Jest rok 1889. Przyjechałam z Warszawy do Paryża na Dworzec Wschodni. (*)
Przed wyjazdem, napisałam z Krakowa długi list do Marii Szeligi żyjącej w Paryżu.
Nie mam nikogo na świecie, jestem sama, bo rodzina mnie nie zna – z mężem się rozwiodłam, dzieci mi umarły… […] I oto plan mój, usnuty podczas długich nocnych rozmyślań. W ciągu dwóch miesięcy mogę ocalić okruchy posagu skradzionego mi przez człowieka, który był moim mężem. […] Z tym przyjechać chce do Paryża i rozpocząć studia, po czym wstąpić na scenę. Francuski język posiadam bardzo dobrze […] – tłumaczę Teofila Gautier bez słownika. […] Brak mi prawdziwego akcentu, ale mam szaloną ochotę i zdolność lingwistyczną, w rok będę mówiła jak rodowita Francuska. […] Co miała Modrzejewska, idąca na scenę angielską: czterdzieści lat, zupełną nieznajomość najtrudniejszego języka pod słońcem? Ale silna wola była w niej wielka. Te silną wolę ja mam, chce ja mieć. Praca mnie nie przeraża… (**)
Mna zajeli sie troche ludzie inteligentni, dano mi nauczyciela dykcji (Vernon z Komedii Francuskiej) i dramaturgii (Sylvain z Komedii Francuskiej) Lekcje te oplaca piec osob, oprocz tego zapisano mnie do Instytutu Rudy i Konserwatorium. (***)
Posiadam kartę dziennikarską ”korespondenta oficjalnego” i dzięki temu będę mogła pisać artykuły dla „Kuriera Warszawskiego” i „Przeglądu Tygodniowego” w Warszawie i - odkrywać Paryż. Pozwoli mi to również na pokrycie moich wydatków.
Właśnie otwarto do użytku publicznego Wieżę Eiffla. Francuzi są podekscytowani na myśl, że będą mogli wjechać na jej szczyt. Są bardzo ciekawi Wystawy Powszechnej, która rozciąga się pod jej stopami. Niebawem i ja popędziłam na Pole Marsowe by zobaczyć te cuda.
Ujrzałam po raz pierwszy wystawę i więżę wieczorem. Francuzi nazywają wystawę „krainą wróżek” „Le pays de Fées” i słusznie. A jednak wróżek tych ani śladu! Ci, którzy to wszystko zdziałali snują się niezliczonymi masami, tak drobni i tak mali wobec dzieł swoich. Spośród tego czarnego mrowiska oblanego potokami światła wysuwa się wysoko, wysoko, aż w niebo, z koronki i lamp utkany cud. Na próżno na Esplanadzie smugi świetlane biją złocąc się w liniach, na próżno pawilon Argentyny jak zaczarowany pałac mieni się setkami świateł purpurowych, błękitnych, zielonych… na próżno geniusz stojący na pawilonie gazu rozlewa z wyciągniętej dłoni strumień ognia, na próżno galeria centralna skąpana w powodzi blasków zanurza swą podstawę w liliowej lub szmaragdowej pianie kolorowych wodotrysków; na próżno wreszcie galeria machin jak wąż płonący swe cielsko wydłuża…Wszystkie te ognie, te blaski bledną wobec wieży Eiffla.
Ach! Ten tłum! Ten tłum różnorodny, różnojęzyczny, różnobarwny! Gdy zmrok zapada, tłum ten wpada przez bramy i zalewa Esplanadę, aleję de la Bourdonnais, most Jeny, aleję Rapp, ulice Kairu. Biegnie, krzyczy, śmieje się, cieszy, popycha, oblega bazary wschodnie, restauracje, kawiarnie, trawniki. Ludzie rzucają się na sklep chińczyków, wyrywając sobie paczki z herbatą, wdrapują się na wschody pawilonu ziemskiego, pochłaniają tysiące filiżanek indyjskiej herbaty, od której setne poty występują na skórę każdego.
Ze śmiechem pozwalają obdzierać się w restauracjach, w których porcja bulionu kosztuje franka, a osobno za użycie obrusa, talerza i nakrycia liczy się 50 centymów na osobę. Gdyby osoba jedząca bulion poplamiła obrus, płaci 1 franka i 50 centymów za pranie! Inni urządzają się o wiele oszczędniej: kupują olbrzymie bulki, dobywają z kieszeni ciastka, mięso, butelki z winem, siadają na trawnikach na ziemi lub na maszynach stojących pod gołym niebem i w ten sposób nie płacą za splamienie obrusa 1 fr. 50 centymów.
W ogóle jedzą tu dużo i ciągle. Jedzą w windach na platformy wieży, jedzą w hali maszyn, jedzą wobec brylantów przedstawiających miliony, jedzą wobec czarów elektryczności, jedzą wszędzie i zawsze. Kobiety zajadają się po prostu. Widać ciągle panie kupujące sandwicze, tartinki, galetki, pijące mleko, oranżadę przyrządzoną przez Murzynów i „boki” podawane przez Indian. Zdaje się, że myśl dobrego odżywiania się kieruje głównie i ciągle myślą Francuzek.
Co do strojów… miły Boże! Te damy są tak zaniedbane, iż ciągle zdaje mi się widzieć… niedzielę na Ujazdowie! Szyk? Ależ to słowo nieznane. Suknie przedpotopowe, nieświeże, mitynki na rekach, brak wdzięku, trzymanie się pod boki, na starość wąsy jak u husarza… oto typ przeciętnej Paryżanki.
O! Miłe Warszawianki! Jakże uroczo zarysowują się wasze sylwetki na tym dziwacznym tle. Owe sławne, lâchons le mot - jawnogrzesznice paryskie – to rude, pomalowane, wypchane lalki.
Nie płaczcie wiec piękne panie, gdy mąż wasz pijąc rano kawę powie od niechcenia…”Wiesz, Dusiu, pojadę do Paryża. Chce zobaczyć… wieżę Eiffla”! Uśmiechnijcie się tylko tym waszym rozkosznym uśmieszkiem i poprawiając koronki waszej matinki odpowiedzcie: „Dobrze, Dusiu, pojedz zobaczyć…wieżę Eiffla! Ja tu poczekam”. I czekajcie bez obawy. Rude szyniony tych dam dozwolą tylko tęsknić niewdzięcznemu za miękkim płaszczem waszych włosów – i wasz „Dusio” wróci wioząc wam cale flakony esencji różanej, stosy egipskich bransolet, wachlarzy z piór i złotych frędzli i najpyszniejszych haftów ręcznych, które wraz z wachlarzami i oksydowanymi toporami przyozdobią ściany waszego mieszkania. (****)
Chodzę na lekcje dykcji i dramatu do Konserwatorium, biorę również lekcje u Talbota i w Instytucie Rudy. Uczę się po trzy godziny dziennie i grać mam sama najpóźniej w listopadzie, według oceny mych nauczycieli. Ależ ile pracy!!! Najcięższe to chyba chwile w mym życiu. Nie wolno mi ani słowa wymówić po polsku.
Ale dopiero zaczęłam robić postępy, gdy poznałam Mary Samary – siostrę znanej i niedawno zmarłej subretki z Komedii Francuskiej, Jeanne. Samary chce mnie przygotować do konkursu w Odeonie i pracujemy razem nad rolą Doryny ze „Świętoszka” Moliera. Uczę się również ról Klitemestry, Lukrecji Borgii i Fedry. Samary i aktor Worms mówią, że ja powinnam grać, co bądź, gdzie bądź, choćby na jarmarkach, byle grać.: „Va faire ton apprentissage”! Idź i praktykuj! Graj! Graj na prawdziwej scenie! Tak jak Agar, która grywała za rogatkami i była potem w Komedii Francuskiej. Tak tez zrobił Damala – mąż Sary Bernhardt i dlatego wybrnął. Inaczej nic nie poradzę, żebym się zapracowała na śmierć w domu. (*****)
To, co mam tu, w Paryżu, to jakaś gorączka, cos, czego określić nie umiem. Za ciężkimi fałdami mych firanek zaledwie widzę przeciwlegle domy. Bywają u mnie ci, których sobie wybrałam. Od czasu do czasu schodzi się siedmiu, ośmiu, czasem dziesięciu mężczyzn, Polaków, czasem Francuz się zabłąka: Ginisty, Ohnet albo Délpit, - autorzy sztuk teatralnych. Siedzą, pija herbatę, koniak, gadają. (******)
(*) Janka (powieść), 1893
(**) Listy (nr 65), 1889
(***) Listy (nr 76), 1890
(****) Publicystyka (Z krainy wróżek – Wieża Eiffla), 1889
(*****) Doktorat, Elżbieta Koślacz-Virol, 2002
(******) Listy (nr 96), 1891
Artykuł ten dotyczy pobytu Gabrieli Zapolskiej w Paryżu miedzy 1889 i 1895 rokiem i jest jednym serii, którą opublikuję w niniejszym blogu, w wersji polskiej (1-PL, 2-PL…) oraz francuskiej (1-F, 2-F…), pisany z myślą o wystawie poświęconej Zapolskiej pisarce, aktorce i dziennikarce (Muzeum Literatury, Warszawa, od kwietnia do czerwca 2011 r.).
mardi 25 janvier 2011
Jeu de miroir et théâtre
L’idée que le théâtre est le miroir de la société, s’oppose à celle qui considère que le théâtre n’est qu’un simulacre, une tromperie, une illusion et un truquage. (*)
L’idée du théâtre qui réfléchit la vie, vient de temps anciens : de l’Antiquité. Cette notion est relevée par Livius Andronicus et Cicéron. Bien des siècles après, au Moyen-âge puis aux 16ème et 17ème siècles, la réflexion porte sur les interférences entre la peinture, la sculpture, l’architecture et le théâtre – c'est-à-dire la mise en scène, la scénographie et la littérature dramatique. Dans l’ouvrage Le théâtre dans le théâtre sur la scène française du 17ème siècle (**), Georges Forestier écrit : La relation que l’on a souvent établie entre les jeux de miroir de certains tableaux flamands et la technique du théâtre dans le théâtre [la mise en abyme] s’explique, dans une large mesure, par le dénominateur commun que constitue la notion de miroir ; cette notion est au centre de la problématique du théâtre dans le théâtre, comme elle est au centre de la culture européenne des 16ème et 17ème siècles. Objet de travaux scientifiques, le miroir, est aussi l’objet de recherches picturales, en même temps qu’instrument magique et symbolique, qui s’exprime non seulement dans les beaux-arts mais aussi dans la littérature. Cette dernière, regorge de descriptions du théâtre : citons Goethe, George Sand, Tolstoï, Flaubert, Wyspianski, Pirandello, et beaucoup d’autres.
Tadeusz Kowzan, dans son article Jeu de miroirs, procédé baroque (***) relève trois variantes du jeu du miroir : Miroir tendu à un personnage pour dévoiler la vérité occultée (Shakespeare). Miroir tendu au vrai public pour qu’il se confonde avec le public simulé (Bernini). Miroir dans lequel se regardent les comédiens-personnages, et particulièrement le comédien-personnage-auteur, d’une pièce du théâtre (Molière).
De nos jours, certains metteurs-en scène auront utilisé les techniques du jeu du miroir (Béjart, Savary, Chéreau, Vitez). Le spectacle Angels of America dans la mise en scène de Krzysztof Warlikowski, présenté à Avignon dans la cour d’honneur, puis au Théâtre du Rond-point, a employé le même procédé : un miroir disposé au fond de la scène réfléchit le public, en train de regarder le spectacle.
(*) D’après Tadeusz Kowzan – Revue d’histoire du théâtre, 1998-3.
(**) Genève, Droz, 1981.
(***) Revue d’histoire du théâtre, déjà citée.
mercredi 29 décembre 2010
La mise en scène de la vie quotidienne
.Grâce à lui, j’ai mieux pris conscience que les gens, dans leur vie de tous les jours jouent un rôle qu’ils s’imposent à eux-mêmes ou qu’on leur impose – dans leur lieu de travail, par exemple. Ainsi conditionnés, ils peuvent continuer de jouer ce rôle toute une vie. Pensons au cuisinier qui, dans son lieu de travail, revêt un bonnet blanc ainsi que l’habit approprié ; et, avec une conscience professionnelle, il exécute les mêmes gestes de façon répétitive, auprès de son fourneau.
Le monde est un théâtre
Le philosophe Jean-Paul Sartre en avait proposé une bonne illustration : Considérons ce garçon de café. Il a le geste vif et appuyé, un peu trop précis, un peu trop rapide, il vient vers les consommateurs d’un pas un peu trop vif, il s’incline avec un peu trop plein de sollicitude pour la commande du client, enfin le voilà qui revient, en essayant d’imiter dans sa démarche la rigueur inflexible d’on ne sait quel automate, tout en portant son plateau avec une sorte de témérité de funambule, et le mettant dans un équilibre perpétuellement instable et perpétuellement rompu, qu’il rétablit perpétuellement d’un mouvement léger du bras et de la main. Toute sa conduite nous semble un jeu. […] Il joue, il s’amuse. Mais à quoi donc joue-t-il ? […] Il joue à « être un garçon du café. » […] Le garçon de café joue avec sa condition pour la réaliser.
Le travail de comédien, lui donne de nombreuses occasions de donner vie à des personnages dans diverses situations. A chaque fois, ce processus aboutit à une succession de représentations devant le public, ce qui, pourtant, ne dure pas dans le temps. Le spectacle ne restera que dans le souvenir du public et laissera une empreinte relativement fugitive du rôle chez l’interprète. C’est une richesse pour le comédien, que de revêtir la peau du personnage dans le contexte de sa condition sociale.


