lundi 21 février 2011

Artykuł o Zapolskiej - Wywiad


Le présent article de Seine & Vistule reprend un entretien récemment paru en polonais et en français dans Gazeta paryska, entre la rédactrice de ce magazine, Irena Filus, et moi-même, à propos de Gabriela Zapolska. Cet article a été traduit du polonais en français par Michel Szczesny. Tous deux ont eu la gentillesse de m’autoriser à publier ces deux versions ici. Il va de soi que leurs droits respectifs relatifs à cet article ne sont pas affectés par ces autorisations.
Revue culturelle à vocation européenne, Gazeta paryska est éditée par KULTURALNA EUROPA, association qui favorise expositions, concerts, rencontres littéraires et autres manifestations culturelles.
Pour en savoir plus : http://www.gazetaparyska.fr
Pour contacter le traducteur, Michel Szczesny : m.szczesny@free.fr

Niniejszy artykuł w formie wywiadu, który przeprowadziła ze mną na Irena Filus, redaktorka Gazety paryskiej w języku polskim i francuskim o Gabrieli Zapolskiej, zostanie opublikowany w moim blogu Seine & Vistule. Autorem wersji francuskiej jest Michał Szczęsny. Zarówno Irena Filus jak i Michał Szczęsny autoryzowali publikacje tego artykułu w blogu w Seine & Vistule.
Gazeta paryska, jest publikowana przez Stowarzyszenie KULTURALNA EUROPA, która organizuje wystawy, koncerty, spotkania literackie i inne manifestacje kulturalne w Paryżu.

Więcej na ten temat: http://www.gazetaparyska.fr 
Adres tłumacza artykułu: m.szczesny@free.fr
___________________________________________________________

ZMUSZĘ FRANCUZÓW
D O    A P L A U Z U

Z takim marzeniem, polska aktorka i dramatopisarka – Gabriela Zapolska dotarła do Paryża końca XIX wieku, we wrześniu 1889 roku, po otwarciu Wystawy Powszechnej i inauguracji wieży Eiffel’a. Pragnęła zamieszkać na Montmartre i w okolicy znalazła lokum pod adresem: 4 avenue de Clichy. Twierdziła, że język ma jako tako opanowany, pisała o tym do Marii Szeligi: - Znam francuski dosyć dobrze, bo tłumaczę Théophila Gautier bez słownika. Więc jakoś dam sobie radę, wejdę na scenę i po roku będę mówiła jak rodowita Francuzka. Nie był to łatwy okres dla wyemancypowanych kobiet, ale Zapolska pełna entuzjazmu zamknęła właśnie za sobą drzwi świata, który przynosił jej same rozczarowania.

Articles et lettres de Gabriela Zapolska sous le titre
 Madame  Zapolska et la Scène parisienne
 Textes traduits par  Lisbeth Virol et  Arturo Nevill
 Éditions La Femme pressée  –  Collection L’Européenne

Jaka była przyczyna podjęcia tak desperackiej decyzji? – pytanie to kieruję do Elżbiety Koślacz-Virol (pseudonim Lisbeth Virol), która jest jednym z najbardziej wiarygodnych autorytetów, jeśli chodzi o życie autorki Moralności pani Dulskiej; jej praca doktorska na temat Zapolskiej licząca 350 stron przygotowywana była przez wiele lat.
   Zapolska przyjechała do Paryża mając 32 lata. Tuż przedtem, będąc z teatrem na objeździe, w hotelu w Piotrkowie Trybunalskim usiłowała popełnić samobójstwo. Miała dużo problemów osobistych, opuściła męża, zaszła w ciążę z Marianem Gawalewiczem, dyrektorem jednego z warszawskich teatrów, pojechała do Wiednia, żeby urodzić dziecko, które wkrótce zmarło. Rodzina ją wyklęła. Miała pasję do aktorstwa, ale również zaczęła pisać pod wpływem Gawalewicza, z którym była związana w Towarzystwie Dobroczynności, gdzie stawiała pierwsze kroki na scenie. Jej mąż był oficerem w służbie cara. Rozwód z nim otrzymała dopiero 8 lat później. Potem włóczyła się trochę jak Czajka z Czechowa w teatrach objazdowych po różnych zaborach, w okropnych warunkach i w zależności gdzie grała, albo pisano dytyramby na jej temat, jak to miało miejsce w Poznaniu albo krytykowano jej grę w zaborze rosyjskim.
 
Z czego więc żyła po przyjeździe do Paryża?
   Stwierdziła, że Paryż jest bardzo drogim i trudnym miastem, więc na początku obracała się w polskim środowisku, ale potem zaczęła się od niego oddalać doskonaląc język, bo jej marzeniem było stanąć na francuskiej scenie i zmusić Francuzów do aplauzu. Od samego początku pisała artykuły do dwóch pism polskich: Kuriera Warszawskiego i Przeglądu Tygodniowego i od tego pierwszego dostała kartę korespondenta. Jej felietony to kopalnia pereł: – wizyta u Aristide’a Bruant (nie podobało jej się, choć doceniała jego piosenki, że czerpał zysk z nędzy, o której pisał), – wrażenia z Wystawy Powszechnej; - atrakcją było także pójście na plac de la Roquette, żeby zobaczyć egzekucję pewnej kobiety i jej syna. Była ciekawa wszystkiego i napisała wiele artykułów oraz listów (wydanych w latach 70-tych), których adresatami są Stefan Laurysiewicz, handlowiec i Adam Wiślicki, redaktor Przeglądu Tygodniowego oraz kilka innych osób. Miała też boga¬tych znajomych, takich jak Stanisław Rzewuski, bankier Oksza Orzechowski, którzy opłacali jej lekcje teatru i wspomagali materialnie. Wierzyła w siebie, lecz ta jej żywotność była źle odczytywana, mówiono o niej, że nie cofnie się przed niczym, żeby osiągnąć cel. Nie miała, więc, łatwego życia. Zapisała się do Konserwatorium Teatralnego, jako obcokrajowiec uczący się języka na scenę, żeby wejść do ekipy Comédie-Française. W 1892 roku dzięki Séverine – dziennikarce francuskiej oraz Rzewuskiemu dostała się do teatru André Antoine’a. Sam mistrz udzielał jej lekcji mając nadzieję, że pozbędzie się szybko akcentu, tymczasem grała role drugoplanowe, z których wywiązywała się bardzo dobrze. Mówią o tym liczne ówczesne krytyki.

Jak długi był to okres?
   Sześcioletni, ale za to bardzo intensywny i ciężki. Nigdy właściwie nie mówiło się o jej stanie zdrowia; po tym jak targnęła się na życie, siarka wyżarła jej śluzówkę żołądka. Krwawiła, miała coś w rodzaju wrzodów, a jednocześnie problemy ginekologiczne. Od roku 1893 związana była z nabistą Paul’em Sérusier, mieli ze sobą fantastyczny kontakt. On jej przekazywał wiedzę o malarstwie, i o duchowości. Pod jego wpływem przestała bać się śmierci, a z kolei jego paleta barw stała się w tym okresie jaśniejsza. Zaproponował jej małżeństwo. W 1895 roku zapragnęła pojechać do Polski, żeby zdobyć materiały do powieści, którą miała zamiar napisać. Chciała wrócić, mówiła nawet, że zabierze ze sobą Francuzkę, żeby nie zapomnieć akcentu. Po przyjeździe do kraju przyjęto ją z honorami. Niestety, po trzech latach stwierdziła, że żałuje swojej decyzji. Było już za późno na powrót. Pod koniec swego pobytu w Paryżu napisała, że stała się człowiekiem: – …kim byłam dawniej? – maszyną bezrozumną gnaną wolą wiatrów i mych wydawców. Sérusier po wyjeździe Zapolskiej dostał depresji nerwowej. Cała korespondencja pomiędzy nimi została zniszczona na życzenie jego żony, młodej studentki malarstwa.

I tak się skończyła paryska kariera Zapolskiej. Czy twoje losy były podobne? Bo przecież też jesteś aktorką, a Zapolska stała się przedmiotem twoich studiów?
   I tak i nie, bo ja wyszłam w Polsce za mąż za artystę malarza i architekta wnętrz, który w latach 60-tych, zdecydował, że wyjedzie do Francji. W przeciwieństwie do Zapolskiej grałam na scenie Teatru Klasycznego w Pałacu Kultury pierwszoplanowe role, jak również w Teatrze Telewizji. Byłam przeciążona pracą i potraktowałam wyjazd, jako roczny bezpłatny wypoczynek. Nie znałam francuskiego. Jednak dyrektor teatru nie przedłużył mi kontraktu i zaangażował, kogo innego na moje miejsce. Zrozumiałam wtedy, że straciłam cel swojego życia. Nie miałam zbyt dużych szans na francuskiej scenie, byłam, co prawda młoda, ale nie wyglądałam na gwiazdę. Przez cały czas walczyłam z językiem, gdyż nie mogłam grać klasyki. Dopiero po latach czytając listy Zapolskiej odkryłam, jak ona się męczyła z akcentem, po to żeby zagrać na obcej scenie. Zrozumiałam, czym on jest dla aktorki, że wyłazi jak szydło z worka nie pozwalając na oddanie prawdziwych emocji.

Ale nie wróciłaś jednak do kraju?
   Bałam się powrotu do pracy gdzieś na prowincji i wegetacji z maleńkim dzieckiem. Nie mogłabym też od razu wywieźć córki. Żyłam niemal w nędzy, ale w końcu wywalczyłam sobie pierwszą kartę pracy, nauczyłam się pisać na maszynie, zaczęłam tłumaczyć, potem poznałam mego obecnego męża. Powoli wróciłam do teatru. W Teatrze Międzynarodowym w Cité Universitaire, zaczęłam uczestniczyć w wielu ateliers de création, gdzie poznałam wielu ciekawych reżyserów, aktorów. Potem poszłam do szkoły Jean-Laurent Cochet, tego, który ukształtował Gérard’a Depardieu i Isabelle Huppert; Cochet bardzo mnie polubił. To u niego przerobiłam po francusku całą klasykę. Dlatego tak wyszlifowałam sobie język. Właściwie dopiero po moim doktoracie zaczęłam prezentować twórczość Zapolskiej na scenie.

No właśnie, swoje zainteresowanie Zapolską postanowiłaś uwieńczyć doktoratem na Sorbonie?
   Robiłam go pod kierunkiem Martine de Rougemont, co trwało 3 lata, ale samo przygotowanie do doktoratu aż 10. Mój polski dyplom magisterski uznano już w latach 60-tych, lecz ciągle niewystarczająco znałam język. Pierwszy dyplom tzw. studium przed-doktoranckie traktował o Zapolskiej w Paryżu a doktorat pisałam o Gabrieli Zapolskiej, polskiej aktorce pod koniec XIX wieku. Pokazuje jej drogę i karierę w Polsce, we Francji i znowu w Polsce. Opierałam się na pracy doktorskiej prof. Jadwigi Czachowskiej – Kalendarium, miałam w niej wszystko dokładnie, chronologicznie opisane. Bardzo się ucieszyła, że znów podjęłam ten temat. Także prof. Danuta Knysz-Tomaszewska, która przyjechała na obronę mojego doktoratu.

Co jest takiego nowatorskiego w twojej pracy?
   Opierałam się na mało znanych materiałach znalezionych we Francji. W latach 50-tych prof. Zbigniew Raszewski napisał mały esej – Paryskimi śladami Zapolskiej, przetłumaczyłam go, ale po przemyśleniu tego, co napisał, nie byłam taka przekonana, że Zapolska była mierną aktorką, jak o niej zawsze mówiono. Szczególnie mężczyźni mieli zróżnicowane opinie. Uznano ją natomiast za znakomitego dramaturga. Zainteresowało mnie to i zaczęłam szukać własnej prawdy. Zapolska była aktorką przez 20 lat, prasa francuska oddała jej hołd, bo zagrała role charakterystyczne, choć nie można porównywać jej do Ireny Solskiej, czy Heleny Modrzejewskiej. Przede wszystkim przeniosła z Francji pewne sztuki, które sama przetłumaczyła, nauczyła się gry naturalistycznej, dokładnie takiej, jaką odkryłam później dzięki moim profesorom z PWST w Warszawie – pani Stanisławie Perzanowskiej czy Marianowi Wyrzykowskiemu. Oni wywodzili się z Reduty, a w tym teatrze liczyła się taka sama zasada jak u Antoine’a. Nagle zrozumiałam, że są jakieś wspólne koneksje, bo ja też byłam wychowana w prostocie na scenę. Zapolska przywiozła z Francji do Polski styl gry, to jej, jako jedynej aktorce polskiej udało się zagrać na francuskiej scenie, bo inne, nawet wielkie nie dały sobie rady z językiem. Modrzejewska odmówiła panu Alexandrowi Dumas fils gry po francusku w jego Damie Kameliowej, bo wołała grać po angielsku, a z kolei Maria Wisnowska, która przyjechała do Paryża poparta przez Edouard’a Pailleron, autora sztuk dramatycznych, nie dostała się na scenę i wróciła do kraju.


Jak długo trwała kariera aktorki Zapolskiej po powrocie do Polski?
   Przyjechała do kraju ukształtowana przez Antoine’a w teatrze naturalistycznym (Théâtre Libre), Tadeusz Pawlikowski przyjął ją do teatru w Krakowie, bo wiedział, że we Francji, pojawiają się nowe kierunki w sztuce, sam był u Antoine’a i znał metodę jego pracy. Grała w repertuarze Antoine’a który sama prze-tłumaczyła. W teatrze krakowskim Zapolska wywalczyła sobie pozycję, miała nawet swoją lożę, którą ozdobił sam Stanisław Wyspiański. Potem przyszła młodsza aktorka, która uwiodła dyrektora i Zapolska zeszła na dalszy plan. Przestała grać dopiero w 1900 roku, ale kontynuowała karierę dramatopisarki. Jeszcze w Polsce zaczęła pisać pierwsze powieści, ale dopiero w roku 1906 powstała Moralność Pani Dulskiej i inne znane sztuki jak Skiz czy Panna Maliczewska. Właśnie, dlatego w naszej świadomości istnieje bardziej, jako autorka niż aktorka. Aleksander Karandiejew, prezes Warszawskich Teatrów Rządowych, który dbał bardzo o ich poziom artystyczny, zamówił u niej także tłumaczenia pewnych sztuk, co spowodowało krytyki Kazimierza Zalewskiego i Bolesława Prusa, że jest za dobrze opłacana. Zapolska sprowadziła również makietę sztuki Arlésienne – Alphonse‘a Daudet do Polski.

Można, więc powiedzieć, że jak na owe czasy Gabriela Zapolska była kobietą na wskroś nowoczesną i nie ulegającą konwenansom. Postacią z krwi i kości, którą w różnych wersjach przeniosła do literatury. To właśnie tak bardzo w niej fascynuje współczesnych, aż do dziś.

Rozm. Irena Filus

mardi 15 février 2011

Paryskie wędrówki Zapolskiej (5-PL)


Cet article est le dernier, en polonais (1-PL… 5-PL), d’une série consacrée au séjour parisien de Gabriela Zapolska (1889-1895). Cette série sera suivie d’une autre, en français (1-F, 2F…). Cet ensemble a été rédigé à l’occasion d’une exposition consacrée à cette femme de lettres, journaliste et actrice (Musée de la Littérature, Varsovie, d’avril à juin 2011).

Artykuł ten jest ostatnim z serii o pobycie Gabrieli Zapolskiej w Paryżu miedzy 1889 i 1895 rokiem. Wersja francuska (1-F, 2-F…) zostanie opublikowana później. Wystawa poświęcona Zapolskiej pisarce, aktorce i dziennikarce będzie miała miejsce w Muzeum Literatury w Warszawie i odbędzie się od kwietnia do czerwca 2011 r.


Antoine, mój dyrektor, zaproponował mi wycieczkę do Bretanii z nim, i jego damą. W Bretanii poznałam Paule’a Sérusier’a i grupę malarzy – symbolistów. Ubrani są w bluzy wieśniaków, noszą chodaki z drzewa, palą fajki i bez przerwy dyskutują o tonach i kolorach. Nazwali się Nabis. Widziałam ich obrazy w Salonach na Polach Elizejskich i na Polu Marsowym. Wydawały mi się śmieszne, podczas gdy mój przyjaciel Stefan, oglądał je z uwagą.

Zaprzyjaźniłam się z tymi malarzami. Sérusier nauczył mnie patrzeć inaczej na sztukę i nie bać się śmierci. Opowiadał mi o tym i w dzień i w nocy. Zaproponował mi małżeństwo, na które się zgodziłam. Lubię malarstwo. Sama rysuję i maluję. Kupiłam sobie pudełko z farbami i pomalowałam bohomazy, niby widoki, cale niebieskie, bo i morze niebieskie, a miejscami zielone. Im więcej się w te wodę wpatruję, tym więcej przychodzę do przekonania, ze żaden malarz nie potrafi oddać dobrze morza bez użycia srebra i złota. Gram z Sérusier’em w Teatrze Symbolistycznym Lugneg’o Poe. Znam teraz dobrze historię symbolistów. Na początku była ich garstka niewielka. W 1889 roku, artyści owi urządzili małą wystawkę w niepozornej kawiarence i wtedy zwrócili na siebie uwagę ogółu. Nazwa symbolistów została im nadana przez odnośną grupę poetów, którzy sądzili, iż w tym rodzaju malarstwa mieści się pokrewna nuta ich utworów. Gauguin zaczął, jako impresjonista, lecz doszedł do czegoś doskonalszego i bardziej konkretnego. Daleki jednak od narzucania wszystkim jednego stylu - (co było by szablonem, maniera i absurdem) pragnął, aby każdy z artystów usiłował wydobyć ze swej duszy – swój styl, ten, który miał w sobie. (*)

Van Gogh – to był artysta obdarzony szaloną fantazją, temperamentem, kolorysta olśniewający bogactwem barw, posiadający za życia w ciele schorowanym i ubogim – potężnego ducha, łączącego w sobie wszystkie niemal szkoły malarskie. Puściwszy wodze swemu temperamentowi ognistemu, płomiennemu – patrzył na naturę przez pryzmat owego temperamentu. Rwał się do światła, do oślepiających blasków i nagle zapadł w ciemnie – oszalał!

Czym jest szaleństwo – czy my wiemy? Geniusz i obłąkanie toć dwaj bracia rodzeni. Geniusze świąt na swych skrzydłach ku światłu niosą a żaden kaftan nie spętał śladów tych skrzydeł! Po skrzydłach Van Gogha pozostało kilkadziesiąt płócien, na których nie ma „wykończonych imitacji” natury, lecz, na które patrząc, domyślamy się, jak on, Van Gogh, na naturę patrzył. (**)

W mojej pracowni wisi takie płótno Van Gogha, klejnot, który za lat kilkanaście nie będzie mieć ceny. Mieszkanie moje zmienia się w muzeum. Mam Van Gogha, Gauguina, Denisa, Vuillarda, Anquetina, rzeźby Lacomba, Riotto i innych. Mam taka moc obrazów i płaskorzeźb, ze nie mam ścian i sześc. płócien stoi w cabinet de toilette, czekając lepszych czasów, kiedy będę miała większe mieszkanie. Mam duży obraz wykropkowany, dal mi go Antonie. I to zrobi sensacje w Warszawie, kiedy przyjadę. Chciałabym coś wyłudzić od Symbolistów- takie potworki malowane trzema tonami. (***)

Mieszkam teraz niedaleko cmentarza Montmartru. Z placu Clichy, idąc w stronę do ulicy Caulaincourt, jest mała uliczka, Tourlaque. To tu mieszkam pod numerem 4, na 3-cim piętrze. Mam śliczne mieszkanie, za które płacę 700 franków. Tuz obok, pod numerem 7, Toulouse Lautrec ma swoją pracownię. Mój salon jest śliczny, ciemnoczerwony, duże biurko rzeźbione, śliczny chiński szezlong haftowany, bibliotekę, pergaminowe tureckie krzesła, tonkińskie marmurowe fotele i masę dywaników wschodnich. W saloniku jest wielkie podwójne okno cale kolorowe, w ołów oprawne. Sypialnie mam urządzona po angielsku. A wiec ściany bladozielone, papier gładki ze szlakiem róż u góry. Nad łóżkiem firanki białe, muślinowe, u okien wielkie firanki białe, trzcinowy szezlong, fotel i stoliki. Jadalnia obita cala złotożółta wełna, sufit także, bufet i szafa bretońską, dywan szafirowy i stołki rzeźbione. Gabinet toaletowy czerwony z wachlarzami i skoro wrócę z Warszawy, zaprowadzę wannę, bo mam gaz w gabinecie. Mieszkanie czyste, widne i mile. (****)

Żyję pomiędzy Francuzami i z Francuzami. Daje czasami obiady, śniadania. Schodzą się malarze, rzeźbiarze, literaci, Antonie i inni. Ach! Co za mile wieczory! Co to za mile wieczory! Ogień pali się na kominku i mówi się o wszystkim, i żyje się, umysł się rozwija, kształci. I żadnej plotki, żadnego jadu, żadnej złości. Starcia zdań, co do sztuki. Przeciwieństwo tego, co znałam poprzednio. Ja, na szezlongu wtedy leżę, odpowiadam, i powoli, powoli myśl mi ulata i ucieka i wraca …do kraju. I tam pośród was się błąka, szukając łez przeze mnie rozsianych i nie mogąc nigdy jaśniejszego z mej przeszłości wygrzebać promyka. A przecież się tam ciągle błąka, jak pies wśród zgliszcz albo dziecko po cmentarzu. Czego szuka? Łez! Chyba tego, bo tu – ja nie płaczę, ale mam na sercu rodzaj pancerza, pod którym mam ranę bardzo bolesną. I wiesz Pan, ze w chwilach dla mnie na pozór najszczęśliwszych zawsze mnie tak cos w głębi duszy zaboli, ze mi cala radość przepada. Jak to niczym takiej rany zagoić nie można. Tiens ! Gdy to mówię, nagle mi łzy stanęły w oczach!

Coraz częściej myślę o mojej podróży do Warszawy, nawet na dwa miesiące…Musze znaleźć dokumenty do mojej przyszłej powieści. Mój przyszły mąż, Paul Sérusier, zgodził się na mój wyjazd. (*****)

Oh! Śnieg! Pierwszy śnieg w Paryżu tej zimy. Leżę i z okna widzę bielutki dach i gałęzie drzew białe maja linijki i naokoło balkonu biała pręga. A w powietrzu węgieleczki białe latają…latają. Hortensja, moja bona, złożyła się we dwoje i mówi: „Oh! Jaki śnieg!” Ach! Ci Francuzi nic nie rozumieją. Ja odżyłam. Zaraz włożę kamasze i pójdę dryp, dryp do muzeum Opery. Śniegu na nos nałapię i zobaczę ciekawe dla mnie dokumenty.

La neige ! La neige ! Cale bandy voyous w marynarskich koszulach i obszarpanych spodniach pędzą wzdłuż bulwarów krzycząc i wyjąc na wyścigi. Za nimi miliardy płatków śnieżnych w rozstrzępionych kolumnach wiruje, czepiając się ich dziurawych kaszkietów.

Ze sklepów wybiegają commis i sypią całymi masami sol i trociny na trotuary. Z wysokości paryskich schodzą powoli linie koni tramwajowych i omnibusowych i ustawiają się rzędem przed stacjami. Stoją spokojnie, z łbami pochylonymi, czekając swej kolei – obojętne, apatyczne na niebezpieczeństwo, które je za chwilę czeka. Nie kute ostro, ślizgają się, padają, łamią nogi….Zbiera się gromada ciekawych, piersiami rozpychają tłum i rozdają kułaki i nowa linia koni schodzi znów po pochyłościach Maubeuge, Clichy, Rochechouart, Fontaine.

Z avenue du Bois de Boulogne suną rzędem powozy kokotek, zaprzęgnięte correct, znacząc się ciemnym profilem siedzących na koźle lokai. W kącie karet w nagromadzeniu futer toną pomalowane kobiety rozłożone na ciemnych obitych poduszkach powozu. Karety jadą dalej - zatrzymują się przed wyłożonymi dywanami przedsionków Café Riche, Bignona, Maison Dorée, Café Américain.

Z szelestem spodów jedwabnych wyskakują z otwartych drzwiczek kobiety i giną w jasnej smudze światła, w której jak ćmy nocne pławią się i kapią rozkosznie. (******)


Gram w Teatrze Wolnym Antoine’a i w Teatrze L’Œuvre Lugniego Poe. Pisze ciągłe, również dla Revue Blanche – i to po francusku. Przed moim wyjazdem do Warszawy mam jeszcze zagrać śliczną rolę Szczurolapki w „Małym Ejolfie” Ibsena. Pragnę szybko wrócić do Paryża, bo czeka na mnie Sérusier.


Przez te sześć lat w Paryżu nauczyłam się czuć, myśleć, patrzeć na świat, sztukę, ewolucję społeczną, dążenia i cel istnienia. Czym byłam poprzednio? Maszyną bezrozumną, pchaną wolą wiatrów i wolą moich wydawców. Słowem, stałam się człowiekiem. (*******)

(*) Listy (nr 236, 237), 1893 : (nr 258) 1894
(**) Publicystyka (Nowy kierunki w sztuce), 1894
(***) Listy (nr 279), 1895
(****) Listy (nr 258), 1894
(*****) Listy (nr 279), 1895
(******) Publicystyka (Kronika z zycia paryskiego), 1890
(*******) Listy (nr 261), 1894


dimanche 13 février 2011

Paryskie wędrówki Zapolskiej (4-PL)


Cet article fait partie d’une série consacrée au séjour parisien de Gabriela Zapolska (1889-1895), en polonais (1-PL, 2-PL…) ainsi qu’en français (1-F, 2F…), rédigée à l’occasion d’une exposition consacrée à cette femme de lettres, journaliste et actrice (Musée de la Littérature, Varsovie, d’avril à juin 2011).

Artykuł ten dotyczy pobytu Gabrieli Zapolskiej w Paryżu miedzy 1889 i 1895 rokiem i jest jednym serii, którą opublikuję w niniejszym blogu, w wersji polskiej (1-PL, 2-PL…) oraz francuskiej (1-F, 2-F…), pisany z myślą o wystawie poświęconej Zapolskiej pisarce, aktorce i dziennikarce (Muzeum Literatury, Warszawa, od kwietnia do czerwca 2011 r.).

Znów poszłam na Wystawę Powszechną i przez cały dzień zwiedzałam pawilony. Z narastaniem zmroku białe płótna pokrywają witryny. Ze wszystkich pawilonów wybiegają tłumy ludzi i tłoczą się dokoła olbrzyma, który powoli, jakby leniwie, światłami swe kontury na niebie oznacza. Wszystkie głowy wznoszą się do góry, okrzyki: „Tiens !”, „Voilà”, „Magnifique !” „Sublime !” – wybiegają w powietrze.

Nagle – fioletowe zabłysło światło, szum wody, miliony iskier… to fontanny kolorowe, które tryskają jak cale snopy klejnotów rozbryzgując się na miliony części. W oddali bieleją posagi oblane elektrycznym światłem, tony czardasza płyną w przestrzeni; na wózku owinięta czarna szata, przesuwa się almeja z ulicy Kairu. (*)

„Je suis la bayadère de la rue du Caire.” – Jestem bajaderka z ulicy Kairu – śpiewa sympatyczna Valti przechylając swa główkę o farbowanych na rudo włosach. Potrąca przy tym tak ładnie „son petit bedon” swój mały brzuszek, ze publiczność przepełniająca salę Scali wita jej „danse du ventre” – taniec brzucha – frenetycznymi oklaskami. Rzeczywiście, ten mały buziak paryskiego ulicznika oprawny w olbrzymi różowy, krepowy, przetykany zlotem kapelusz, ta cala postać śpiewaczki, błyszcząca od szychu i simili – diamentów, owinięta w pasy aksamitu i różowego atlasu, spod których nierzadko przebija się w cielisty trykot wciśnięta śliczna noga, cala ta figurka, zda się, naszkicowana ołówkiem Grevina, robi niezmiernie sympatyczne wrażenie i potrząsanie żołądkiem pokrytym złotą lamą, zachwyca widza.

Śliczna dziewczyna opiera swe białe rączki na wydatnych biodrach ujętych w złociste pasy i przymrużając oczki, śpiewa:
„Fiou, fiou,
Abdi-abdah
Dansons, dansons
La danse du ventre.”

Jeśli Valti wywołuje frenetyczny oklask przy każdym refrenie swej piosenki, kołysząc się w blasku elektryczności, która kładzie jej złotawe tony w kaskadę włosów lub zapala iskry w piórach jej kapelusza, cóż dopiero prawdziwe almée! Cóż dopiero te urocze a tajemnicze istoty Wschodu, tańczące pośród dymu kadzideł i przesiąknięte wonią esencji różanej!

Po powrocie z café-koncert przysięgłam sobie podążyć na ulice Kairu. I widziałam te słynne tańce pod egipskim namiotem wykonane przez Fatimę, Aiouszę, Hanem, Faridę, Adilę, Gumę i Selikę, ale wieczorem wróciłam do La Scali.

Na scenie wśród blasków elektryczności kołysała się rudowłosa dziewczyna, uśmiechnięta, powabna, cala lśniąca od atlasów i sztucznych brylantów. Cienki jej sopranik oznajmiał: „Jestem bajadera z ulicy Kairu.” Patrząca publiczność entuzjastycznym rykiem przyjmowała taniec ulubionej szansonistki. Widocznie atlas, pióra, szyk, elektryczność i ta gracja kobieca porywa i jedynie zajmuje. Nie wiem dokładnie, lecz to wiem, ze i ja serdecznie do Valti wolałam:

„Dansez ! Dansez la danse du ventre !...” nie chcąc, aby to śliczne zjawisko zbyt prędko zniknęło ze sceny. (**)


Od pierwszej po południu wybieraliśmy się, Pani Nini, jej mąż i ja, na uroczystość zamknięcia Wystawy Powszechnej. Po spożyciu olbrzymiej ilości serów: roquefort'u, brie, petit gervais, gruszek, winogron, orzechów, petits fours, pommes vanillées, konfitur, po pochłonięciu kilku filiżanek czarnej kawy skropionej obficie „ma fine”, Pani Nini R., moja sąsiadka, zadecydowała „Il est temps de partir”. Odetchnęłam. Oto wybiło już wpół do ósmej i siedzieliśmy ciągle kolo tego nieszczęsnego stolcu jedząc i jedząc bez końca. Powinniśmy już być na tej wystawie od dawna. Lecz Pan R. był innego zdania. Pochłonął jeszcze salaterkę czarnej kawy, funt winogron i zabrał się do robienia prowizji na drogę. Wiec, plaska flaszeczka koniaku, cztery garście orzechów i na moją intencję pół funta smażonych owoców. Chciał jeszcze wsiąść tort Courcelles i butelkę Chartreuse’y, lecz temu stanowczo oparła się pani Nina. – „Lepiej weź to – mówiła, pakując do kieszeni męża tuzin świeżych fig – to mnie orzeźwi, gdy mnie uduszą”.

Wreszcie przypiąwszy sobie i mnie olbrzymie pęki fiołków zadecydowała, ze jesteśmy „très bien”, potrzasnąwszy olbrzymią mufką, otworzyła pochód mówiąc do męża: „tu sais, mon chat, gdy przyjedziemy na wystawę, zatrzymamy się, w jakiej restauracji, bo czuję, że mi coś brak”! Nieba! Czegoż tej kobiecie jeszcze brakować może!

Wydostawszy się na ulice poczuliśmy od razu przedsmak uroczystości nocnej. Dorożkarze z wysokości kozłów urągali czując się niejako w apoteozie swej potęgi. Przed stacjami tramwajów roiły się czarne tłumy, oczekując wywołania kolejnego numeru, branego au guichet. Małe omnibusy przejeżdżały wolno, cale zapchane pasażerami, a ich konduktorzy krzyczeli z charakterystycznym akcentem: „… A l’exposition porte Rrrrappp… cinquante centimes”. Lecz pan R. pur sang paryżanin, poczuł się dopiero w swoim żywiole. Podskakując biegał od jednego woźnicy do drugiego pokazując im pięciofrankową monetę trzymaną w palcach. Wreszcie jeden z owych możnowładców, zdecydował się przyjąć nas do swojej dorożki. „Mais sous savez, mon bourgeois – wyrzekł uroczyście przechylając się z kozła – c’est cent sous !”

Po obu stronach bulwarów, czarne kolumny ludzi posuwały się szybko w stronę wystawy, tysiące dorożek, powozów, omnibusów, stłoczone zalegały środek ulicy. Chwilami ruch był zupełnie zatamowany. Policjanci schrypnięci, zmęczeni, uwijali się pomiędzy końmi, starając się zaprowadzić lad jakikolwiek. Przekleństwa powożących, rżenie koni, śmiech pasażerów czyniły chaos nie do opisania.

Krwawa luna pokrywała niebo od strony Trocadéro. Wyszedłszy z dorożki stajemy przed wejściem. Pogoda przepyszna, niebo czyste i powietrze, choć zimne, ale zupełnie suche. Wydostajemy się poza guichet i biegniemy szybko w stronę pałacu. Cóż Wam teraz napisze! Jakże zdołam przedstawić wam ten potok płonący, w którym, kąpie się w tej chwili pałac Trocadéro i Pole Marsowe! Wszystkie gzymsy pałacu, okna, balkony, balustrady, ornamenty obwiedzione są świetlaną nitką, a w każdym oknie, bukiety kolorowych świateł migocą jak mistyczne kwiaty. Olbrzymie skrzydła pałacu złote zakreślają półkule. I wszystko pali się, plonie, drży pod tchnieniem wiatru. Sekwana zasiana statkami odbija kolorowe światła, które kołyszą się na pokładach. Restauracje wodne obwiedzione zielonymi girlandami latarek błyskają złoconymi przodami swych kształtnych korpusów.

Pod więżą Eiffla straszna czerń porusza się krzycząc i hałasując bez pamięci. Tymczasem jedna z orkiestr umieszczonych w kiosku gra jakąś odwieczną polkę. Tłum zaczyna podrygiwać. Mężczyźni gwiżdżą, kobiety nucą. Nagle wystrzały armatnie wstrząsają powietrzem. Wieża Eiffle’a staje w płomieniach! Cała! Jak potwór płonący, jak stos przez szatanów podniecany krwawi się cala w purpurze. Rusztowanie żelazne, całe pęki wiązań odcinają się czarnymi liniami wśród purpury ognia. Jest to widok tak czarodziejski, ze dech w piersiach zamiera. Ze wszystkich krzaków buchają jednocześnie purpurowe blaski, fontanny przybierają krwawą barwę i rozsypują deszcz z rubinów. Posąg Republiki drży w czerwonych płomieniach a tłumy krzyczą: „Vive la République !” (***)


Wybrałam się na lewy brzeg Sekwany, gdzie, naprzeciw kościoła Świętego Sulpicjusza, w Sali Merostwa, odbywał się Międzynarodowy Kongres Kobiet. Jako dziennikarka, siedziałam na estradzie w towarzystwie mężczyzn – dziennikarzy i obserwowałam salę.

Było to zupełnie ciekawe widowisko. Przez trzy dni konałam ze śmiechu. Doszło do tego, ze Renée Marcil rwała się bić jednego mężczyznę, który wlazł na estradę i wymyślał całej sali od podłych. Złapali Renée Marcil i trzymają. Ona piszczy, wrzeszczy i rozdaje kułaki na prawo i na lewo. Szeliga dostała w zęby. Ten Du Bellay, który obraził Marcil, złapał od Rojeckiej parasol i czeka. Powiadam ci – konać ze śmiechu! Na Sali ze 3 000 osób wrzeszczy, śmieje się, ryczy. Panna Popelin (adwokat- o Jezu! Szpilki sprawy bym jej nie dala), rezyduje, ale nikt jej nie słucha. Powiadam Ci heca! Baby się kłócą, piszczą, docinają sobie. Mężczyźni kpią i coraz to jeden włazi na estradę i sieje niezgodę. Stefka Feindkind mówiła bardzo przyzwoicie o robotnicach. Dostała brawa. Potem Finlandka zyskała ogólne pochwały. Ale Angielki i Niemki! Skandal! Nie pozwolili im mówić, sykali, wyli. Zresztą przeczytasz to w „Przeglądzie Tygodniowym”, bo będzie „List” o tym.

Sala długa, stosunkowo dość wąska, zapełniona po brzegi. U wejścia, przy drzwiach szeroko rozwartych, przez które płynie struga majowego słońca stolik, na którym obok całej masy papierów więdnie pęk róż i konwalii. (****)

Na estradzie prezyduje Pani Maria Szeliga-Loevy – sekretarka Unii Wszechświatowej Kobiet. Obok, Pani Potonnié-Pierre, sekretarka Federacji Francuskiej, autorka całego szeregu artykułów mających na celu polepszenie losu kobiet. Dalej, Pani Blanche Edwards, doktór medycyny, Pani Morsier, walcząca z prostytucją, Pani Léon Bequet – założycielka schroniska dla kobiet brzemiennych przy Avenue du Maine, Pani Valette – dziennikarka i wiele, wiele innych...

Lecz wielki hałas i krzyk się rozpoczyna – to kwestia poszukiwania ojcostwa wniesiona na estradę wywołuje burzę protestacji ze strony kilku mężczyzn. W rozprawie tej biorą gorący udział przeważnie mężczyźni, którzy z brutalnością i tą siłą, tak wspaniale ujawniającą się w chwili bronienia swych praw, opanowali estradę i z niej bronią swej bezkarnej donżuaności, swych miłostek, czasem jednodniowych, po których dla nich pozostaje …wspomnienie (!), rzecz niewymownie poetyczna, a kobietom często łzy, rozpacz, choroba, nędza i – dziecko! Prostytucja i poszukiwanie ojcostwa, oto dwie najwybitniejsze chwile Kongresu.

Kongres ten nie był śmiesznym zbiorem wojujących przeciw mężczyznom kobiet. Był reakcją i buntem przeciw uciskowi całej ludzkości. Nadto jeszcze występował bardzo silnie przeciw wojnom i w przemówieniu Pana Richer, zaznaczył pokojowe usposobienie kobiet. Zajmowano się bardzo poważnie i rozbierano kwestie nierównego wynagrodzenia pracy kobiet w stosunku do pracy męskiej. Kongres ten miał za zadanie rzeczywiste polepszenie losu kobiet. Zadanie to nie zostało zapewne osiągnięte w zupełności. Losy wyzwolenia kobiecego są zanadto związane z losami całej ludzkości… (*****)

(*) Publicystyka (Z krainy wróżek – Wrażenia z Wystawy Powszechnej, 1889
(**) Publicystyka (Z krainy wróżek – Tańce egzotycznej, 1889
(***) Publicystyka (Uroczystość nocy), 1889,
(****) Listy (nr 197), 1892
(*****) Publicystyka (Kongres kobiecy w Paryżu), 1892.

vendredi 11 février 2011

Paryskie wędrówki Zapolskiej (3-PL)


Cet article fait partie d’une série consacrée au séjour parisien de Gabriela Zapolska (1889-1895), en polonais (1-PL, 2-PL…) ainsi qu’en français (1-F, 2F…), rédigée à l’occasion d’une exposition consacrée à cette femme de lettres, journaliste et actrice (Musée de la Littérature, Varsovie, d’avril à juin 2011).

Artykuł ten dotyczy pobytu Gabrieli Zapolskiej w Paryżu miedzy 1889 i 1895 rokiem i jest jednym z serii, którą opublikuję w niniejszym blogu, w wersji polskiej (1-PL, 2-PL…) oraz francuskiej (1-F, 2-F…), pisany z myślą o wystawie poświęconej Zapolskiej pisarce, aktorce i dziennikarce (Muzeum Literatury, Warszawa, od kwietnia do czerwca 2011 r.).

Postanowiłam zwiedzić bazylikę Sacré-Cœur, na wzgórzu Montmartru. Weszłam nagle w las rusztowań – okrążyłam je dokoła – i – stanęłam na drewnianej podłodze wyciągającej się w przestrzeni na kształt wielkiego pomostu. Przede mną morze kominów, dachów, wież, łuków tryumfalnych… Poza mną, jak skamieniała nagle olbrzymia oblubienica, cala biała, wielkiego majestatu pełna bazylika montmartska, nad leżącym u jej stóp miastem dominująca.

Jestem sama prawie ponad ta przepaścią wypełnioną cielskiem miasta – olbrzyma; słońce zachodzi powoli, cisza dokoła przenikliwa, mistyczna i tylko z oddali, jakby fala powietrzna podrzucane, przypływają pod stopy świątyni niezrozumiale wycia wydzierające się z łona Paryża.

Tymczasem tarasy Montmartru rozciągają się u stop moich, bramowane całą masą belek żółtoszarych o złotych, wystygłych odcieniach.

W nizinie na pierwszym planie las domów zmieszanych razem, stłoczonych, ledwo się odcinających niepewnymi konturami i poznaczonych zaledwie rozmazaną plamą drzewnej zieleni. Lecz już dalej plan drugi ginie w masie rudawego popiołu, wznoszącego się jak wyziew trujący z cielska miasta.

I ponad tym wszystkim, jak latarnia morska z fal spienionych nagle wykwitające, czernią się wieże Notre-Dame, świeci złotą strzałą Inwalidów, szkielet wieży Eiffla, Święta Klotylda, Panteon, Val-de-Grâce, Św. Sulpicjusz i tyle innych. U stóp wzgórza powiewa chorągiew jaskrawa, nowa, impertynencka. Obok komin fabryczny dumnie dźwiga złoconą koronę. Ponad ma głową migają latawce, jak potworne z pola zbiegłe motyle. Jeden z nich wpadł w zagłębienie wyższej części bazyliki i przytulił się do tej pustej niszy, jak plama jasnozielona na bladym tle kamienia. (*)

Któregoś dnia, mój znajomy zapytał mnie:
- Chcesz Pani poznać Aristida Bruanta?
Chciałam go zobaczyć, tego znanego wszystkim piosenkarza, który śpiewa o nędzy.
- Ale czy on sam mi zaśpiewa „A Saint Lazare”?
- Zaśpiewa!
- I „Sur l’ trottoir”?
- Zaśpiewa!
- No to chodźmy!

Jak wycie jesiennego wichru, tak w ciemni wilgotnych nocy paryskich pod niepewnymi smugami gazowych latarni przelatuje od czasu do czasu przeciągła, straszna nuta.

Jakiś wlokący się powoli voyou zawyje jak pies skaleczony jedną zwrotkę, a już spod cmentarnych drzew sterczących wśród opustoszałych bulwarów leci jak echo drugie wycie – druga zwrotka:
„C’est de la prison que je t’écris, O mon pauvre Hippolyte !...”

I wysoko, zda się aż ku czarnemu, w ciemny, czerwonawy odcień przechodzącemu niebu, drży jęk zwierzęcy :
„ A Saint Lazare…!”

I wszystko tam jest w tych pieśniach Bruanta: ta korupcja i zgnilizna proletariatu gnieżdżącego się jak masa skłębionego robactwa w cuchnących pasażach przedmieść zarogatkowych, płacz nieprawnych i opuszczonych jak szczenięta dzieci, jęk znieważonej dziewczyny, szept zgłodniałej kobiety, blask migających noży, tęsknota serdeczna zamkniętej za kratą nędzarki, szczęk zębów zmarzniętego żebraka – słowem, całe nieszczęście tych, którzy od Montmartru aż do Glaciery idą zbitym szeregiem doskonale wyćwiczonego legionu – wiecznie gotowego do apelu zbrodni, z nerwami tańczącymi ciągłą sarabandę, z kurczem pustego żołądka, z próżnią w mózgu i czerwoną płachtą przed przesyconym absyntem wzrokiem.

Gdy drzwi się przede mną otwarły, stojący na progu niski, krępy mężczyzna w czerwonej koszuli i długich butach krzyknął w głąb knajpy:
- Une belle gonzesse !... Piękna nana!

Zaledwie weszłam, cały tłum gości powstał i otoczył mnie dokoła. Rozległo się przerażające wycie:
- Oh la la, c’te gueule, c’te binette, oh la la, c’te gueule qu’elle a !...
Un deux, trois !

I nagle jak na komendę wszyscy załamali z przerażeniem ręce!
- Oh ! Qu’elle est pâle ! Jaka ona jest blada!

Krępy mężczyzna w czerwonej koszuli zaczął krążyć od drzwi wejściowych do kontuaru i przymykając oczy, ochrypłym głosem rozpoczął:
„C’est de la prison que je t’écris… ô mon pauvre Hippolyte !...”

Po chwili znów chodził miedzy stolami, śpiewając:
„A Montparnasse !...”

Kelnerzy roznosili kufle, stukali spodkami, goście krzyczeli, wyli, pluli, wymyślali – co chwila ktoś wchodził, trzaskając drzwiami z łoskotem, gaz kołysał się szarpiącym blaskiem, a Bruant śpiewał ciągle z przymkniętymi oczami – drepcząc ode drzwi do kontuaru, wyrzucając z siebie nadzwyczajne tony, ochryple, trywialne, burżuazyjne. I nie poznawałam tej piosenki, która takim strasznym jękiem wśród ciszy nocnej się snuje. Budziła mnie często ze snu, a echo jej jak kołysanka wracało uparte, chorobliwe, bezustanne….

Zdziwiło mnie, że skończywszy, robił rodzaj żebraniny przez swego kelnera, który chodził z miseczka i zbierał susy od gości.

I wszyscy – cały Paryż inteligentny, wykwintny, elegancki chodzi do Bruanta słuchać jego piosenek. Ta rymarka cudzej nędzy, to sprzedawanie detaliczne łez i cierpień stygnących z głodu trupów, to zbijanie pieniędzy za pieśni, zda się przed szybami Morgi zrodzone, nie miało dla mnie nazwy.

Gdy wychodziłam, Bruant ukłonił się z kurtuazją mówiąc :
- Bonsoir, Madame.

Będąc już za drzwiami, usłyszałam zabawny śpiew:
- Tous les clients sont des cochons, la fari don daine, la fari don daine, la fari don don… Wszyscy klienci są świniami…

Powracając do domu, mimo woli wytężałam ucho, aby pochwycić w oddali glos jakiegoś ochrypłego nędzarza, śpiewającego o chłodzie i głodzie Bruantowskie piosenki. Czekałam, aby z czerni Rochechouartu lub z wyżyn Montmartru spłynął znów ku mnie ten jęk zwierzęcy, do głębi wstrząsający… Lecz nędzarze milczeli, kryjąc się po katach i tylko wiatr nagimi gałęziami drzew poruszał i po żółtych smugach rewerberów niepewne cienie rozwłóczył…. (**)

Stefanie, mój drogi przyjacielu,

W tej chwili idę na generalną próbę, która tutaj jest właściwie premierą. Biorę ze sobą twoja fotografie! Włożę ja za stanik. Broń mnie przed publicznością paryską. Boje się! Wezmę coś na uspokojenie. Napiszę jak było po powrocie za cztery godziny. Bądź zdrów!

Wracam z teatru! Jestem pod wrażeniem tak silnym, ze ci opisać nie umiem. Odniosłam triumf nadspodziewany. Powodzenie moje rosło w miarę sztuki. Przerywano mi, co chwila ogłuszającymi brawami. Klaki tu nie ma wcale. Po scenie II aktu brawa trwały tak długo, że aż aktorzy stali zdziwieni. Autor, dyrektor, wszyscy ściskali mnie, całowali, winszowali. Séverine przyszła do mnie do garderoby.

Słowem – cos zupełnie odurzającego. W korytarzach nie mówiono o nikim, tylko o mnie. Dookoła słyszałam „Épatante ! Charmante ! Adorable !” Reporterzy zapełniali moją garderobę. Kwiatów mam cale stosy. Mam gorączkę z trwogi przed tym powodzeniem. Antoine mi proponuje grać „Norę” Ibsena, moją ulubioną rolę! Jestem uświęcona przez Paryż! Gdyby nie stosy kwiatów zapełniających mój salon, myślałabym, że to był sen. Zwyciężyłam! Stanęłam oko w oko z ta straszną hydrą, jaka jest publiczność paryska, i powiedziałam sobie „teraz stawiam wszystko na jedna kartę! Albo mnie zaadoptujecie, albo…” Entuzjazmem mnie powitano, zaadoptowano, wyciągnięto do mnie ręce z serdecznością tak szczerą, tak pociągającą, że to wszystko, co doznałam bolesnego w kraju, występuje mi jeszcze silniej, jeszcze boleśniej w tej chwili, w której nie powinnam czuć nic, jak tylko radość i szczęście z doznanego powodzenia. Po sukcesie moja emocja opadła. I nie czułam już więcej radości. Skąd u mnie to jakieś znieczulenie na powodzenie, którego nikt zrozumieć nie był w stanie. Antoine powiedział: ”laissez-la, elle a la joie triste” – zostawcie ją, jej radość jest smutna. Antoine dał mi nową rolę w „Złudzeniach” Lecomte’ a. Wymawiam teraz lepiej to francuskie „rrr”. Muszę jeszcze popracować nad „e” muet, którego prawie się nie słyszy przy wymowie, co jest bardzo trudne. (***)

(*) Publicystyka (Bazylika Sacré-Coeur), 1891.
(**) Publicystyka (Bruant), 1892.
(***) Listy (nr 189, 190, 194), 1892.

jeudi 10 février 2011

Paryskie wędrówki Zapolskiej (2-PL)


Cet article fait partie d’une série consacrée au séjour parisien de Gabriela Zapolska (1889-1895), en polonais (1-PL, 2-PL…) ainsi qu’en français (1-F, 2F…), rédigée à l’occasion d’une exposition consacrée à cette femme de lettres, journaliste et actrice (Musée de la Littérature, Varsovie, d’avril à juin 2011).

Artykuł ten dotyczy pobytu Gabrieli Zapolskiej w Paryżu miedzy 1889 i 1895 rokiem i jest jednym serii, którą opublikuję w niniejszym blogu, w wersji polskiej (1-PL, 2-PL…) oraz francuskiej (1-F, 2-F…), pisany z myślą o wystawie poświęconej Zapolskiej pisarce, aktorce i dziennikarce (Muzeum Literatury, Warszawa, od kwietnia do czerwca 2011 r.).


Jak bardzo się męczę nad wymową! Od dziesięciu dni chodzę na próby do teatru Saint-Martin. Teatr z półtora raza tak duży jak Rozmaitości. Rola, która mi dano jest zabawna. Jest to zazdrosna zona, która ściga męża. Miałam trzy zdania, które mówiłam źle mimo pracy z Mary Samary. Skreślili mi je bardzo chętnie. Traktują mnie bardzo dobrze i przezwali mnie „Miss”. Ubrana będę w sukienkę jasno popielatą, fularową, bardzo skromną, gładką, obcisłą Samary daje mi swoje futro, bo mi potrzeba w sztuce. Kapelusz mój, ten duży z piór i blond peruka. Samary tak dobra, że dala mi czarne koronkowe pończochy po siostrze. Nie chciałam wsiąść, ale to ma mi szczęście przynieść.

W sztuce, w której gram biorą udział tylko cztery osoby: ja, pokojówka, mąż i kochanek. Mąż, pan Calva, wcale dobry, kochanek niezły, bestia małpa śmieszna, pokojówka niezła, ale jeszcze surowa.

Gdy w nocy się przebudzę i przypomnę sobie, że mam grać za dni parę, siadam jak obłąkana na łóżku i łzy mi gradem płyną. Nie mam nikogo żeby mi dal otuchy. Aktorzy, jak aktorzy, z nieufnością patrzą ba mnie, kobiety z zazdrością. Gdybym się nie bała zepsuć sobie markę, odesłałabym rolę, taka mnie trema ogarnia. Wiem jednak, że zepsułabym sobie całą karierę. Jak mnie publiczność przyjmie? Coraz więcej mnie odwaga opuszcza. Nie wiem sama, co zrobię. To za duża dla mnie rola. Zostaję na scenie sama i mówię monologi po dwadzieścia wierszy. Dziś miałam już łzy w oczach, kiedy na mnie reżyser napadł za to, że mówię: „bague” – pierścionek, a nie „blague” – żart! Skąd ja mogę o takich przesadach wiedzieć! Straciłam przez te kilka dni zdrowie, apetyt, sen. (*)


Grałam już i gram od wtorku. Dziś piątek i mamy jeszcze dwa razy powtórzyć te sztuczkę, „Le Sapeur”, a potem zejdzie z afisza, bo się zupełnie nie podobała publiczności. Nic dziwnego, to taka potworna bzdura, że diabla warta. Co do mnie, to pomiędzy nami mówiąc, doskonale czułam i widziałam, że akcent mój wyłazi jak szydło z worka, a strach go jeszcze psuje. Publiczność chwilami się dziwiła. Widziałam, nadrabiałam miną. Grałam dobrze, ale… cóż! Akcent mi wszystko psuje! Popracuję jeszcze, będę pracować rok jeszcze. Potem plunę i niech to wszyscy diabli wezmą; Samary mnie podtrzymuje, nadzieję robi. (**)

Dzisiejszy dzień spędziłam u… Antoine’ a!

Séverine mi przysłała gorący list do niego, w którym mnie poleciła: „comme quelqu’un d’une intelligence remarquable” – bardzo inteligentna. Antoine zajął się mną bardzo serio. Dal mi role 300 wierszową w sztuce Bourget’ a, na przyszły spektakl. Gram chłopkę i mówię akcentem normandzkim dość łatwym do uchwycenia. Rola nie pierwszorzędna, ale i nie ogon. Antoine jest bardzo sympatyczny, łagodny, inteligentny i niezmiernie na komplement łakomy. Mówi mi: „Mon Dieu ! Je ferai tout mon possible pour vous défaire de votre accent ! Si vous deveniez mon premier sujet, quelles choses admirables nous pourrions faire tous les deux ! Quelle tournée ! Et justement je n’ai pas de femmes ! Pas une capable de jouer un drame !” Zrobię wszystko żeby pozbyła się Pani akcentu. Jeśli stanie się Pani moja pierwszą artystką, jakie wspaniałe rzeczy będziemy mogli robić wspólnie.

Antoine zabronił mi mówić po polsku absolutnie, pod ciężką karą. Wczoraj byłam u Antoine’ a na próbie, ale ta sztuka, w której ja gram, jeszcze nie jest próbowana, dopiero na przyszły tydzień. Antoine, kundel, poszedł do Rzewuskiego, aby się dowiedzieć, kim ja jestem. Naturalnie Rzewuski rozgadał się nade mną i nazwał mnie „une femme géniale” Antoine zgłupiał. Wczoraj siada przy mnie i mówi o honorze, jaki go spotkał, że ja zechciałam przyjść do niego.

Pracuję spokojnie w Teatrze Wolnym. Raz gram „służąca” i mam tylko dwa słowa do wymówienia, a innym razem gram rolę większą. Takie tu są zwyczaje i nie ma, co się sprzeciwiać!

W marcu mam grac Księżne Danesco, Rumunkę w sztuce „Simone” Louisa de Gramont. Jest to rola ważna w sztuce i oryginalna morfinomanki i histeryczki. Stefka Feinkind, moja znajoma lekarka pouczy mnie jak mam się zachować by odtworzyć według studium klinicznego, osobę uzależnioną od morfiny. Rola duża i drapiąca się po ścianie. Akcent mój będzie dodawał wdzięku. Chodzę po scenie z seringą morfińską i zastrzykuje sobie. Na wszystko mowie, przymykając oczy: „c’est suggestif”, jakie sugestywne! Podobno mam ten wyraz wymawiać w jakiś nadzwyczajny sposób. A ja tylko całkiem po prostu zamykam oczy i myślę o…tym, co okropnie lubię… a co ze względu na neurastenię mi nie wolno! To mój sekret.

W Teatrze Wolnym poznałam wielu aktorów: Georges Grand, Henriot, Ancey, Irma Pierrot… Antoine zwolnił Henriot, ponieważ miała romans z Grandem. Nie wiedziałam ze traktował teatr tak poważnie i tak surowo. Powiedział mi: ”cenię kobiety poważne”. Otworzyłam szeroko oczy. Pierwszy to chyba dyrektor w Paryżu, który za taką rzecz abszyt daje. Aktorki muszą się ubierać w suknie skromne, odarte jeszcze przez Antoine’ a z wszystkich niepotrzebnych ozdób. Strój, przepych, zbytek wygnany został za drzwi w Teatrze Libre. Za kulisami nikt nie mówi o stroju, lecz wszyscy troszczą się o doskonałość kreacji. Antonie, jak szef orkiestry przepysznie ze sobą zgranej – z kąta swego – spokojem szafirowych źrenic zagrzewa swą trupę do walki.

W przeddzień przedstawienia czarno na próbie od fraków i abonamentów. Wszystko, co Paryż, co Francja wydala najinteligentniejszego, gromadzi się dokoła ścian sali teatru i w milczeniu niemal religijnym słucha pracy prób kilkudziesięciu… Aktorzy grają bez suflera, zajęci sobą, sztuką – pełni szacunku i przywiązania dla geniusza człowieka, który spoza stołu swej ciemnej nory biurowej uchwycił jasna gwiazdę prawdy – i z nią w tryumfalnym pochodzie cały Paryż rzucił do nóg swoich. „Prostota, prostota”, oto hasło panujące w teatrze, w którym powstaje odrodzenie się przegniłej od tradycji sztuki. Prostota w słowie, w ruchu, w spojrzeniu, w uczuciu, w wybuchu. Wszystko, co tchnie manierą, przesadą, fałszywą dystynkcją, chęcią kokietowania publiczności – jest wykreślone stąd raz na zawsze. Za lat kilkadziesiąt posąg Antoine’a zaczerni się na jednym z placów Paryża i stać tam będzie wieki całe głową przerastając tłumy, spokojny, zwycięski, w słońce odważnie wpatrzony…

Chodzę na próby do „Simone”. Mój akcent w tej roli nie przeszkadza, przeciwnie. Nie mam już tremy i nawet czekam na premierę z niecierpliwością. Antoine pochwalił mnie przy wszystkich: „Vous aurez un grand succès… d’ailleurs vous le méritez” Będzie Pani miała sukces, zresztą jest go Pani warta. Zapytałam go: „Proszę mi powiedzieć, ale tak szczerze, czy mam talent?”- Odpowiedział mi: „Bien sûr ! Za rok pozbędziecie się akcentu i będziecie wspaniałą artystką”. Jestem szczęśliwa. Dwudziestego szóstego kwietnia grac będę, podobno świetnie, autor kontent, dyrektor już mi nie robi żadnych uwag. Ale jakaż to była praca! Najcięższa praca w moim życiu. To samo słowo powtarzałam ze 300 razy! Tyle czasu już pracuje na scenie we Francji, ale teraz dopiero moja praca wydaje owoce. Jak mnie publiczność przyjmie? (***)

Ubrana będę tak: W pierwszym akcie – suknia heliotrop, aksamitna, z dżetami fioletowymi, boa angorowe, mufka aksamitna, kapelusz w formie czepka obszyty dżetami, pomarańczowa kitka z piór. W drugim akcie: suknia popielata jasna, ubrana grubymi koronkami białymi, weneckimi, na dole białymi aksamitkami. Kapelusz duży z weneckiej koronki cały, popielate aksamitne maki i białe aksamitki.

W trzecim akcie – suknia czarna, jedwabna, z tiulowym czarnym stanikiem, długa i bardzo obcisła. Kapelusz duży, czarny, tiulowy, z żółtymi kokardami, czarna parasolka. Ubrania są ładne i dość skromne, a dystyngowane. Rzewuski i Makowski, mój kuzyn, zaofiarowali mi w tym swój udział. (****)


(*) Listy (nr 118), 1891 - Praca Pani Stefanii Linowskiej, która opracowała i dokonała wyboru listów Gabrieli Zapolskiej opublikowanych w 1970 r. jest godna podziwu. Wymagają ona miedzy innymi transkrypcji slów francuskich. We fragmencie wyżej cytowanym widzimy słowo „biague”, wydało mi się bardziej wiarygodne zastąpienie słowa „biague”, na „blague”, chociaż wymagałoby to porównania z oryginalnym rękopisem listu Gabrieli Zapolskiej. Do sprawdzenia.
(**) Listy (nr 121), 1891.
(***) Listy (nr 157, 158, 159), 1892
(****) Listy (186), 1892

mercredi 9 février 2011

Paryskie wędrówki Zapolskiej (1-PL)


Z okazji wystawy poświęconej Gabrieli Zapolskiej w Muzeum Literatury w Warszawie, przygotowałam do lektury publicznej teksty pod tytułem „Paryskie wędrówki Zapolskiej”. Teksty, które wybrałam opisują jej doświadczenia w teatrze Libre Antoine’a, mówią również o świecie artystycznym Paryża, o jej kontaktach z malarzami, aktorami i literatami. Wybór tych tekstów z pośród tysiąca stron artykułów, licznych listów i powieści, wymagał ode mnie zrobienia dużej selekcji.

Jako aktorka, byłam skłonna zaprezentować tekst w formie monodramu, w którym uosabiam się z Zapolską. Tekst posiadałby wówczas jedność stylu narracji. W wypadku gdyby tekst ten miał być przedstawiony, jako konferencja, brakowałoby w nim przypisów i komentarzy, nieodzownych przy pracy naukowej. To, co Państwo przeczytają jest tekstem oryginalnym Zapolskiej, składającym się z fragmentów artykułów znajdujących się w „Publicystyce”, z jej listów zawartych w „Listach Gabrieli Zapolskiej”, oraz mały tekst wyjęty z jej powieści „Janka”.

Pod każdym z prezentowanych w moim blogu tekstów, podam źródła, z których korzystałam.


Pociąg biegnie szybko, spóźniony, z warczeniem i łomotem kół, jak zwierz zdyszany i do legowiska dążący. Jak z kart ustawione, z ziemi wyrosłe zabawki dla dzieci, tak migają domy przedmieść Paryża. Po obu stronach drogi ciętej rudymi liniami szyn wyrastają purpurowe i zielone latarnie gdzieniegdzie zapalone.

Szare, wysokie mury wznoszą się pokryte masą reklam o błękitnych, krwawych i żółtych tłach…Przyłożyłam twarz do bocznych prętów okna wagonu i przez podniesioną szybę chłonę w siebie ten widok, tę masę kwadratów zalewających brunatnymi tony, ściany wąwozu. I czytam bezustannie:
„Géraudel”! „Géraudel”!

Pociąg zaszumiał, zajęczał i wpadł pod dach szklany, podtrzymywany szarymi słupami dworca. Jest rok 1889. Przyjechałam z Warszawy do Paryża na Dworzec Wschodni. (*)


Przed wyjazdem, napisałam z Krakowa długi list do Marii Szeligi żyjącej w Paryżu.

Nie mam nikogo na świecie, jestem sama, bo rodzina mnie nie zna – z mężem się rozwiodłam, dzieci mi umarły… […] I oto plan mój, usnuty podczas długich nocnych rozmyślań. W ciągu dwóch miesięcy mogę ocalić okruchy posagu skradzionego mi przez człowieka, który był moim mężem. […] Z tym przyjechać chce do Paryża i rozpocząć studia, po czym wstąpić na scenę. Francuski język posiadam bardzo dobrze […] – tłumaczę Teofila Gautier bez słownika. […] Brak mi prawdziwego akcentu, ale mam szaloną ochotę i zdolność lingwistyczną, w rok będę mówiła jak rodowita Francuska. […] Co miała Modrzejewska, idąca na scenę angielską: czterdzieści lat, zupełną nieznajomość najtrudniejszego języka pod słońcem? Ale silna wola była w niej wielka. Te silną wolę ja mam, chce ja mieć. Praca mnie nie przeraża… (**)


Mna zajeli sie troche ludzie inteligentni, dano mi nauczyciela dykcji (Vernon z Komedii Francuskiej) i dramaturgii (Sylvain z Komedii Francuskiej) Lekcje te oplaca piec osob, oprocz tego zapisano mnie do Instytutu Rudy i Konserwatorium. (***)

Posiadam kartę dziennikarską ”korespondenta oficjalnego” i dzięki temu będę mogła pisać artykuły dla „Kuriera Warszawskiego” i „Przeglądu Tygodniowego” w Warszawie i - odkrywać Paryż. Pozwoli mi to również na pokrycie moich wydatków.

Właśnie otwarto do użytku publicznego Wieżę Eiffla. Francuzi są podekscytowani na myśl, że będą mogli wjechać na jej szczyt. Są bardzo ciekawi Wystawy Powszechnej, która rozciąga się pod jej stopami. Niebawem i ja popędziłam na Pole Marsowe by zobaczyć te cuda.

Ujrzałam po raz pierwszy wystawę i więżę wieczorem. Francuzi nazywają wystawę „krainą wróżek” „Le pays de Fées” i słusznie. A jednak wróżek tych ani śladu! Ci, którzy to wszystko zdziałali snują się niezliczonymi masami, tak drobni i tak mali wobec dzieł swoich. Spośród tego czarnego mrowiska oblanego potokami światła wysuwa się wysoko, wysoko, aż w niebo, z koronki i lamp utkany cud. Na próżno na Esplanadzie smugi świetlane biją złocąc się w liniach, na próżno pawilon Argentyny jak zaczarowany pałac mieni się setkami świateł purpurowych, błękitnych, zielonych… na próżno geniusz stojący na pawilonie gazu rozlewa z wyciągniętej dłoni strumień ognia, na próżno galeria centralna skąpana w powodzi blasków zanurza swą podstawę w liliowej lub szmaragdowej pianie kolorowych wodotrysków; na próżno wreszcie galeria machin jak wąż płonący swe cielsko wydłuża…Wszystkie te ognie, te blaski bledną wobec wieży Eiffla.

Ach! Ten tłum! Ten tłum różnorodny, różnojęzyczny, różnobarwny! Gdy zmrok zapada, tłum ten wpada przez bramy i zalewa Esplanadę, aleję de la Bourdonnais, most Jeny, aleję Rapp, ulice Kairu. Biegnie, krzyczy, śmieje się, cieszy, popycha, oblega bazary wschodnie, restauracje, kawiarnie, trawniki. Ludzie rzucają się na sklep chińczyków, wyrywając sobie paczki z herbatą, wdrapują się na wschody pawilonu ziemskiego, pochłaniają tysiące filiżanek indyjskiej herbaty, od której setne poty występują na skórę każdego.

Ze śmiechem pozwalają obdzierać się w restauracjach, w których porcja bulionu kosztuje franka, a osobno za użycie obrusa, talerza i nakrycia liczy się 50 centymów na osobę. Gdyby osoba jedząca bulion poplamiła obrus, płaci 1 franka i 50 centymów za pranie! Inni urządzają się o wiele oszczędniej: kupują olbrzymie bulki, dobywają z kieszeni ciastka, mięso, butelki z winem, siadają na trawnikach na ziemi lub na maszynach stojących pod gołym niebem i w ten sposób nie płacą za splamienie obrusa 1 fr. 50 centymów.

W ogóle jedzą tu dużo i ciągle. Jedzą w windach na platformy wieży, jedzą w hali maszyn, jedzą wobec brylantów przedstawiających miliony, jedzą wobec czarów elektryczności, jedzą wszędzie i zawsze. Kobiety zajadają się po prostu. Widać ciągle panie kupujące sandwicze, tartinki, galetki, pijące mleko, oranżadę przyrządzoną przez Murzynów i „boki” podawane przez Indian. Zdaje się, że myśl dobrego odżywiania się kieruje głównie i ciągle myślą Francuzek.

Co do strojów… miły Boże! Te damy są tak zaniedbane, iż ciągle zdaje mi się widzieć… niedzielę na Ujazdowie! Szyk? Ależ to słowo nieznane. Suknie przedpotopowe, nieświeże, mitynki na rekach, brak wdzięku, trzymanie się pod boki, na starość wąsy jak u husarza… oto typ przeciętnej Paryżanki.

O! Miłe Warszawianki! Jakże uroczo zarysowują się wasze sylwetki na tym dziwacznym tle. Owe sławne, lâchons le mot - jawnogrzesznice paryskie – to rude, pomalowane, wypchane lalki.

Nie płaczcie wiec piękne panie, gdy mąż wasz pijąc rano kawę powie od niechcenia…”Wiesz, Dusiu, pojadę do Paryża. Chce zobaczyć… wieżę Eiffla”! Uśmiechnijcie się tylko tym waszym rozkosznym uśmieszkiem i poprawiając koronki waszej matinki odpowiedzcie: „Dobrze, Dusiu, pojedz zobaczyć…wieżę Eiffla! Ja tu poczekam”. I czekajcie bez obawy. Rude szyniony tych dam dozwolą tylko tęsknić niewdzięcznemu za miękkim płaszczem waszych włosów – i wasz „Dusio” wróci wioząc wam cale flakony esencji różanej, stosy egipskich bransolet, wachlarzy z piór i złotych frędzli i najpyszniejszych haftów ręcznych, które wraz z wachlarzami i oksydowanymi toporami przyozdobią ściany waszego mieszkania. (****)


Chodzę na lekcje dykcji i dramatu do Konserwatorium, biorę również lekcje u Talbota i w Instytucie Rudy. Uczę się po trzy godziny dziennie i grać mam sama najpóźniej w listopadzie, według oceny mych nauczycieli. Ależ ile pracy!!! Najcięższe to chyba chwile w mym życiu. Nie wolno mi ani słowa wymówić po polsku.

Ale dopiero zaczęłam robić postępy, gdy poznałam Mary Samary – siostrę znanej i niedawno zmarłej subretki z Komedii Francuskiej, Jeanne. Samary chce mnie przygotować do konkursu w Odeonie i pracujemy razem nad rolą Doryny ze „Świętoszka” Moliera. Uczę się również ról Klitemestry, Lukrecji Borgii i Fedry. Samary i aktor Worms mówią, że ja powinnam grać, co bądź, gdzie bądź, choćby na jarmarkach, byle grać.: „Va faire ton apprentissage”! Idź i praktykuj! Graj! Graj na prawdziwej scenie! Tak jak Agar, która grywała za rogatkami i była potem w Komedii Francuskiej. Tak tez zrobił Damala – mąż Sary Bernhardt i dlatego wybrnął. Inaczej nic nie poradzę, żebym się zapracowała na śmierć w domu. (*****)

To, co mam tu, w Paryżu, to jakaś gorączka, cos, czego określić nie umiem. Za ciężkimi fałdami mych firanek zaledwie widzę przeciwlegle domy. Bywają u mnie ci, których sobie wybrałam. Od czasu do czasu schodzi się siedmiu, ośmiu, czasem dziesięciu mężczyzn, Polaków, czasem Francuz się zabłąka: Ginisty, Ohnet albo Délpit, - autorzy sztuk teatralnych. Siedzą, pija herbatę, koniak, gadają. (******)


(*) Janka (powieść), 1893
(**) Listy (nr 65), 1889
(***) Listy (nr 76), 1890
(****) Publicystyka (Z krainy wróżek – Wieża Eiffla), 1889
(*****) Doktorat, Elżbieta Koślacz-Virol, 2002
(******) Listy (nr 96), 1891

Cet article fait partie d’une série consacrée au séjour parisien de Gabriela Zapolska (1889-1895), en polonais (1-PL, 2-PL…) ainsi qu’en français (1-F, 2F…), rédigée à l’occasion d’une exposition consacrée à cette femme de lettres, journaliste et actrice (Musée de la Littérature, Varsovie, d’avril à juin 2011).

Artykuł ten dotyczy pobytu Gabrieli Zapolskiej w Paryżu miedzy 1889 i 1895 rokiem i jest jednym serii, którą opublikuję w niniejszym blogu, w wersji polskiej (1-PL, 2-PL…) oraz francuskiej (1-F, 2-F…), pisany z myślą o wystawie poświęconej Zapolskiej pisarce, aktorce i dziennikarce (Muzeum Literatury, Warszawa, od kwietnia do czerwca 2011 r.).